Posty

Nasz mały Simba

Obraz
A tego popołudnia nic nie zapowiadało burzy zmian, która miała nadejść. Aczkolwiek fakt, że herbatka papajowo-pomarańczowa została się już tylko jedna jedyna w opakowaniu, mógł być tym pierwszym jeźdźcem apokalipsy. - Okręt mój płynie dalej- rzecze Zbychu- Gdzieś tam, gdzie zamiast Projektu i Klienta uważa się głównie na funkcjonalność najnowszego modelu mikrofalówki. Poza tym jest znacznie lepszy cash flow, a żarcie gourmet dla kotów i stylowy drapak same się nie kupią, oj nie.  I opadają do kolan wszystkie szczęki, bo kończy się jakaś epoka, której jeszcze historycznie nie nazwaliśmy. Jedyny, któremu jeszcze jako tako domyka się twarz, to nasz młodociany szef. Bezkresny Nieboskłon wstaje zza biurka, prostuje wklęsła klatę jak dumny pionier na apelu i dolewa oliwy do ognia. - Bo tak to się zdarzyło, że i mnie nie będzie dane się tu z wami wiekować. Oto Pan Wielki Szef Galaktyczny namaścił mnie na menadżera nowego Projektu w Niemczech. I jakimże byłbym nieuczynnym i dok...

Pan Kotek czeka na Wieści z Państw albo L4

Obraz
Wypadki chodzą po ludziach i jak już coś się zdarzy, to Pan Kotek może tylko leżeć w łóżeczku. I jak tak sobie leży i się z boku na bok przewraca jedyne, co mu pozostaje to oczekiwanie na Wieści z Państw. Wszak dla jednego Pana Kotka nawet jeśli jego tabelki byłyby cud, miód, ultramaryna nie zamkną przecież całego Projektu, bo Klient nie pies, na ładne oczy nie zapłaci przecież pokaźnej faktury. Trzeba zakasać rękawy i brać się do roboty, nawet tej mało ważnej, która to na co dzień Panu Kotkowi przypadłaby w udziale.  Mija więc pierwszy tydzień i zdaje się, że mimo, że wszystkie obowiązki Pana Kotka są prostsze niż konstrukcja parasola, w zespole nikt inny nie nadaje się na parasolnika. I przychodzą dziesiątki zdesperowanych połączeń od Jolanty tak skupionej na tragiczności jej smutnego losu, że nie jest w stanie wysłuchać trzyminutowego tłumaczenia. I jezuskowe mądrości od zmartwionego i biblijnego Zbycha przeplatają się z żartami Nataszy na każdy możliwy tema...

Koniec sezonu ogórkowego

Obraz
Cicho wszędzie, nudno wszędzie, tylko klima hula, aż ekskluzywne rośliny symbolizujący mandat nieba na szefusiowanie więdną niepodlewane. Ale wszystko, co dobre zbyt szybko się kończy nawet sezon ogórkowy. Upadł opadł może, tak samo jak zapał do klepania cyferek w tabelki przez to, że myślami ciągle siedzę na mentalnej plaży, gdzie nie istnieje Excel, banki i cyfry ani chińskie, ani arabskie. - Tak być nie może, trzeba coś wreszcie z tym zrobić, bo się atmosfera w zespole skaszani. Bezkresny Nieboskłon kręci z dezaprobatą głową i nagle plaża w mojej głowie wydaje mi się zbyt ciasna i gorąca, by dalej tam siedzieć. Bo sprawa jest poważna, wagi ciężkiej, ba, prawie państwowej. To znaczy, jeśli nasze biuro to państwo w państwie, a chyba w głowie naszego niedorosłego szefa czasami i tak bywa. - No, bo co jest ostatnio ze Zbychem i Jolantą? Wiesz może? Wiedzieć, to ja wiem na przykład, że na dzień dzisiejszy do kolacji brakuje mi sałatki i ziemniaków oraz, że jeśli nie z...

Przybysze z drugiej strony lustra

Obraz
W powieściach fantasy to trzeba przejść jakiś rytuał albo wspiąć się na drzewo albo wskoczyć w odpowiednie lustro czy drzwi szafy i już. Nowy wymiar, nowy świat, nowa przygoda. I mało kto zastanawia się nad takimi prostymi życiowymi zagwozdkami jak na przykład w jakim języku można by się tam dogadać, czy jaką walutą zapłacić za przejazd metrem lub dorożką. A może w alternatywnej rzeczywistości wszystkie istoty porozumiewałyby się mieszanką kląskania i siorbania, a ciągnięte przez przerośnięte ślimaki wagony metra działały wyłącznie na plastikowe guziki. Ale nie byle jakie tylko czerwone z czterema dziurkami na przykład. I co wtedy ja się pytam, co wtedy z biednym przybyszem, uchodźcą z wymiaru, w którym nikomu takie ciekawostki nawet przez łeb nie przeszły. - Ojej, ojej, mamy gościa, ale fajnie, że Dejniel przyszedł! I wracam z mojego alternatywnego wymiaru tuż za biurko z ciężarem i gracją zrzuconego z wysokości worka ziemniaków. Bezkresny Nieboskłon cieszy się jak dz...

Zbrodnia i (auto)kara

Obraz
       Bo wszędzie na świecie wiadomo, że jak zbrodnia, to potem kara i basta. Mimo tego ludziom często wydaje się, że lisim sprytem i erudycją Sowizdrzała przechytrzą system jakkolwiek wszechwiedzący by nie był w erze wszechobecnych kamer i faktur elektronicznych. Oto historia jednej z takich sytuacji, kiedy Pan Koń Widzący Dalej niż Horyzont z uporem godnym lepszej sprawy chciał przeforsować pewną rzecz, która nie do końca powinna mieć miejsce w szanującym się choć trochę korpo. Jako że Konkurencja, szpiedzy i konfidenci nigdy nie śpią, będziemy mówić o „rzeczy” bez zbędnych szczegółów.        Kiedy zdarzają się takie Rzeczy, dziwnym trafem z ostatniego koła u wozu, dział księgowości zaczyna być ważną siłą decyzyjną albo mieć tego złudną iluzję. Żeby już nie przedłużać, przychodzi Cnotliwy Carewicz do naszego biura, staje mi nad głową, a jako że nie odwracam się do niego przez chwilę, wpatrzona w faktury do zapłacenia,...

Smutek tropików

Obraz
Smutne jest, oj smutne, życie w tropikach. Zwłaszcza jak jedyne palmy i kokosy to te na rondach czy placach, posadzone tam ot tak sobie, żeby szyku i międzynarodowości zadać. Gorzej, że zimą w tropikach przychodzi monsun, kiedy leje jak z cebra, a skórzana galanteria gnije na potęgę, zupełnie jak ściany, przestrzeń między kafelkami i cokolwiek organicznego. O karaluchach wielkości   dorodnego kociaka rozpisywać się już nie będę, bo po co? Niedługo na własne oczy je zobaczymy Jeszcze z dziesięć lat hajlajfu na ziemi nam może zostało, bo potem to już tylko racjonowanie wszystkiego, globalne roztopienie, a na koniec morza i oceany zlepione w jedno wielkie tsunami zaleją i Nowy Jork i Wenecję. - Ale Szanghaju i Hongkongu to już nie, bo tam to jest wyższa technologia. - Macie jakieś super tamy powodziowe czy jak? - To całe ocieplenie to ściema, mająca na celu wstrzymanie wzrostu gospodarczego państw rozwijających się. Czego to nie wymyślą… Weź obniż temperaturę, bo idzie się ...

Kuchnie świata cz. 2 czyli hamburger, kola i kapuczyna

Obraz
No, i zjedliśmy hotpota wreszcie. Co prawda ofiar w ludziach nie było, chociaż Zbychu i Jolanta jojczyli i robili kwaśne miny na potęgę, przeżyli, ba, w miarę swoich możliwości stanęli jakoś na wysokości zadania. Wobec faktu, że warzywa gotowane w wegańskim rosole bez żadnych przypraw jakoś nie otruły ich na śmierć przestali narzekać na syf, czosnek i ostrą papryczkę przez całe dwa dni. Ale nie skończyły się na tym dla mnie rozrywki związane z kuchniami świata, bo oto naszym chińskim szefom zachciało się laowaiskiego posiłku tak dla odmiany, bo każdemu jej czasem trzeba. Nasz szef szefów dyrektor Stabilna Skała podzielił się tego gorącego środowego poranka z Bezkresnym Niebosklonem przemożną chęcią udania się na mało wyrafinowany posiłek niezgodny z zasadami pięciu przemian, ani też przepływem ciepłej i zimnej energii w ciele. Po długim i mozolnym szukaniu padło na najbardziej laowaiską z możliwych opcji czyli hamburger z frytkami. Bo przecież raz się żyje i trzeba być uważnym, al...